Skutvik maj 2011
Skutvik to mała mieścinka położona tuż przy Vestfjord, z której odpływa prom do Svolvaer na Lofotach. Termin tegorocznego wyjazdu zarezerwowaliśmy półtora roku wcześniej, a w decyzji utwierdzilliśmy się po wyprawie latem roku 2009. Pięknie, rybnie, z nadzieją na wielkiego halibuta... Po trzech dniach podróży, z pierwszym noclegiem na promie oraz drugim na campingu w Szwecji, późnym wieczorem dotarliśmy do Skutvik, gdzie znajdowała się nasza baza noclegowa. Sama podróż upłynęła spokojnie i w miarę szybko. Kilka przerw wymusiły jak zwykle zachwycające widoki, wymagające krótkich sesji zdjęciowych, wizyty w toalecie i obiad.






Do dyspozycji mieliśmy duży dom z czterema dwuosobowymi sypialniami. Oczywiście była też kuchnia z dwoma lodówkami, dwie łazienki, sauna, duży salon oraz pomieszczenia gospodarcze do przechowywania sprzętu, suszenia kombinezonów itp., oraz dwie duże zamrażarki. Bezpośrednio przy kei, do której mieliśmy ok. 20m, było dodatkowe pomieszczenie przeznaczone do oprawiania ryb.

Podzieliliśmy między sobą łodzie – każda z oszczędnym silnikiem Diesla – i zaczęły się tradycyjne przygotowania sprzętu wędkarskiego. Stefan obdzielił swoimi kijami, kołowrotkami i innymi akcesoriami wędkarskimi wszystkich, którym brakowało coś z wyposażenia, włącznie z echosondą i GPS.



Ponieważ o tej porze roku słońce nie zachodzi tam nawet na chwilę, nie zauważyliśmy nawet, jak minęła północ.

Większość osób poszła odwiedzić swoje sypialnie a ja ze Stefanem zostaliśmy jeszcze chwilę aby opróżnić swoje szklaneczki. Od słowa do słowa, stwierdziliśmy, że mamy ochotę na świeżą rybę. Nie czekając do rana, chwyciłem swój kij i wybiegłem na przystań promową, która przylegała bezpośrednio do naszej mariny. Jakież było moje zdumienie jak w pierwszym rzucie wyholowałem ok. 1,5 kilogramowego dorszyka... Nie minęło 10 min od mojego wyjścia z domu a rybka już skwierczała na patelni. To się nazywa „świeża ryba”. Ponieważ dorsz smakował wybornie, ponownie przepłukaliśmy szklaneczki drinkami i poszliśmy uprawiać zapasy z białą nocą. Sen jednak przyszedł dość szybko i pozwolił nam odpocząć po podróży.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Wypływaliśmy na ryby celując na szczytowanie wody. Przypływy wypadały albo w bardzo wczesnych godzinach rannych albo przed północą. Pierwszy dzień rozpalił wędkarskie emocje do białości, bo Rafał z grupy siedleckiej, w której byli też Zbyszek, Jurek i Fredek - złowił halibuta. Nie był to może duży okaz ale jednak jego wysokość halibut. Wymiarowy. Co halibut oznacza dla wędkarza, wiedzą wszyscy wędkujący w Norwegii. To prawie szczyt marzeń...

Pierwszego dnia Stefan pobił swój dotychczasowy rekord rdzawca. Na płytkiej wodzie na pilkerka 40 g klasycznie spiningując złowił sztukę 90 cm o wadze 8 kg.
Oczywiście najwięcej łowiliśmy dorsza. Zdarzały się i gluty ale przeważającą większość stanowiły dorsze o wadze od 5 do10 kg. Zdarzało się tak, że sonda pokazywała przy dnie, np. na 80m jakieś duże ryby a w toni, na powiedzmy 30-40 metrach, pływały niezliczone ilości małych czarniaków. Opuszczając na dno pilkery nie mogliśmy się przebić przez te czarniaczki, które atakowały przynęty i uwieszały się na wędce nie pozwalając przynętom opaść na dno w ławice dużych ryb. To była zmora...


Oprócz dorszy i niechcianej młodzieży czarniaczkowej często łowiły się brosmy, pieszczotliwie, przez wspomnianą już wcześniej grupę siedlecką, nazwane miętusami.
Trafiały się też molwy, zdarzyła się ładna flądra, kilka zębaczy, rdzawce i przez nikogo nie lubiane plamiaki.





Pogoda jak to na północy. W kratkę. Kapryśna. Czasem słońce, czasem deszcz i wiatr. Prognozy na niektóre dni były tak niekorzystne, że jeden dzień poświęciliśmy na wycieczkę do oddalonego o 180 km. Narwiku. Zwiedziliśmy miasto i słynny cmentarz, na którym są pochowani żołnierze polscy walczący tam w 1940r. Odwiedziliśmy także sklep rybny, gdzie zostały zakupione steki z wieloryba, wędzona ikra i kilka innych smakołyków.




Kolejne dni wędkowania potwierdziły, że w okolicy kręci się dużo halibutów. Rybak złowił sztukę ok. 40 kg.

Koledzy z trzeciej łódki, a pływali nią Czarek, Daniel i Bogdan, mieli kilka wyjść halibuta do przynęt gumowych. Niestety, żadne z tych wyjść nie zakończyło się braniem. Nawiązali bezpośredni kontakt wzrokowy z trzema halibutami. Ile innych było w pobliżu, można się tylko domyślać.
Jednego dnia, kiedy wędkowaliśmy na Vestfjord, piękne branie na 80 metrach miał Stefan. Niestety, niewiele się dało zrobić. Ryba, jesteśmy przekonani, że to halibut, po prostu nie robiąc sobie nic z prób jej zatrzymania, odjeżdżała jak pociąg ruchem jednostajnym bez najmniejszej chwili zatrzymania. Po wysnuciu większej części zapasu plecionki z kołowrotka, wypięła się i tyle jej było widać.
Innego z kolei dnia, na dość płytkiej wodzie, na niecałych 8 metrach, halibut znowu zaatakował Stefanowi przynętę. Było to tym razem, niewielkie, seledynowe kopyto na niezbyt ciężkiej główce. Po kilku chwilach wzajemnego „przeciągania liny”, tym razem sukces. Piękny, marmurkowy halibut wylądował w łodzi. Waga 6 kg, dł. 87 cm..
Brawo Stefan !!!

Ostatniego dnia, halibuta na kiju miał Fredek. Sytuacja podobna jak za pierwszym razem u Stefana, tylko woda płytka. Po prostu pociąg. Zaczał jechać i jechał, jechał aż odjechał. Mimo, że uruchomili silnik i próbowali za nim pływać, efekt był podobny. W którymś momencie ryba się wypięła i ani słychu ani widu.... Ale adrenalina była solidna...
Jako ciekawostkę trzeba wspomnieć fakt, że Harald, Norweg wynajmujący nam dom i łodzie, buduje z synem od kilku lat łódź wikingów. Wg własnego projektu, własnym sumptem i siłami. Mieliśmy okazję oglądać ten okręt. Olbrzymi. Po prostu gigant. Sam silnik Rolls Royce`a przeznaczony do montażu na tej jednostce z trudem zmieścił by się w standardowym garażu. W przyszłym roku ma być wodowanie a w pierwszy rejs Harald wybiera się z synem do Ameryki.

Ogólnie można powiedzieć, że wyprawa udana. Co prawda brakowało nam większych ryb, takich dwucyfrowych okazów. A przede wszystkim zawiodły duże dwucyfrowe czarniaki, które już się powinny pokazać za ławicami śledzi. Ale cóż... Może to przez tę kapryśną pogodę, która też nie pozwoliła nam wędkować w takim wymiarze godzin, jakim bym sobie tego życzył. Wędkarzowi zawsze za mało...






Skutvik - maj 2011
