gototopgototop

Vesteralen - maj 2006

DrukujEmail

Lofoty to archipelag na Morzu Norweskim u północno-zachodnich wybrzeży Norwegii. Od stałego lądu oddzielony jest cieśniną Vestfjorden. Lofoty są górami wystającymi z morza na wysokość 1161 m n.p.m. Wyspy mają nadzwyczaj rozwiniętą linię brzegową, co dla wędkarzy jest nadzwyczaj zachęcające. Klimat umiarkowany chłodny, wybitnie morski, zdeterminowany przez Prąd Zatokowy. Średnia temperatura stycznia i lutego -1°C, lipca i sierpnia 12°C. Choć wyspy leżą daleko na północy, to trzaskających zim tutaj nie ma. Łączna powierzchnia wysp 1 227 km²; największe z nich to: Austvågøy (526,7 km²), Vestvågøy (411,1 km²), Moskenesøya (185,9 km²), Flakstadøya (109,8 km²), Gimsøya (46,4 km²).

 

Liczba mieszkańców: ok. 24,5 tys.; główna osada i port Svolvær (ok. 5 tys. miesz.) znajduje się na wyspie Austvågøy.

Tradycyjnym źródłem utrzymania mieszkańców jest rybołówstwo i przetwórstwo ryb, zwłaszcza dorszy, rolnictwo (uprawa zbóż i ziemniaków, mleczarstwo), turystyka (ok. 200 tys. odwiedzających rocznie).

Mapa archipelagu

Wyspy są generalnie połączone mostami, a jeśli nie, to żegluga promowa jest tutaj zorganizowana wprost fenomenalnie.

W takim "rorbu" mieszkaliśmy...

Można powiedzieć, że główną atrakcją wysp - obok widoków jak gdyby przeznaczonych dla fotografów - są tradycyjne domki rybacki, tzw. rorboury, które można wynająć i spędzić w nich urlop. To najczęściej czerwone drewniane chaty na granicy skał i wody, choć przecież letnie domki pojawiają się niemal w każdym miejscu, do którego da się je "przyczepić". Wśród nich trafiają się wciąż bardzo spartańskie, kryte murawą bungalowy posadzone na skałach wg wikińskiej tradycji, ale coraz częściej czyni się od tych zasad wyłomy na rzecz wygody turystów i mnóstwo domków jest w zasadzie już tylko stylizowanych.

Lofoty to dorsz, dorsz, dorsz! To stąd pochodzi połowa norweskiego sztokfisza (suszonego dorsza). Ryby te osiągają tutaj do 40 kg. Łowi się także czarniaki (do 25 kg), molwy, zębacze, plamiaki, śledzie (ogromne i pyszne), makrele, karmazyny... W tych wodach trafiają się też halibuty - podobno darastają tutaj do 250 kg.

Sztokfisz obecnie stanowi lokalny przysmak

Skończyło się odliczanie. 18 maja z niemałym trudem pakujemy się do dwóch kombiaków i wyruszamy.

Kompletny lofocki team...

Na chwilkę spotykamy się z Zedem w Pruszczu Gdańskim i o 18:00 okrętujemy się na prom do Nynashamn. 18. godzinna podróż upłynęła w miłej atmosferze. Tym bardziej, że na promie było kilka wędkarskich grup, w tym ekipa z JERKBAIT.PL, która na szkierach Roslagen zamierzała dobrać się do szczupaków.

Ze względu na wieści o "balonikach" na granicy kierowcy zachowali trzeźwość. I dobrze, bo Czarek dmuchał.

O 13:00 wyruszamy w drogę. Przed nami 700 km do miejsca noclegu w Umea, gdzie dojeżdżamy około 23:00.

Rano następuje walka z laptopem. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić, czy komp ma napęd CD. Z pomocą przyszedł Magnus, kumpel MK i udało się wgrać mapy.

Ruszamy, przed nami ponad 900 km jazdy przez Szwecję i Norwegię. Po 100 km w Astrze Czarka urywa się amortyzator. Na szczęście auto staje tuż przy najeździe. Mamy troszkę szczęścia w nieszczęściu. Dalej pojedzie na trzech atrapach.

Podziwiamy widoki

Potem już bez większych przygód ruszamy w dalszą drogę. Często zatrzymujemy się i podziwiamy krajobrazy.

Po kilku godzinach przekraczamy magiczny "krąg polarny".

I od razu pojawiają się atrakcje. Nikomu nie życzę gwałtownego hamowania załadowanym autem na krętej, górskiej drodze. Renifery chodzą jak święte krowy.

Krajobrazy też inne, coraz bardzie surowe.

Na północy zima w pełni.

Przed nami Norwegia!

Po kilku godzinach przekraczamy granicę z Norwegią.

Powoli docieramy do celu.

Naszym oczom ukazuje się pierwszy fiord.

Przez znany most przedostajemy się na Lofoty.

Za tym mostem Lofoty!

Nareszcie... Po ponad 60 godzinach podróży jest drogowskaz z napisem Hennes...

O godz. 21.00 wjeżdżamy do Hennes, które wita nas widokami zapierającymi dech w piersiach. Tu aż śmierdzi dużą rybą.

Szukamy naszego domku. Tylko jeden pasuje. Parkujemy i za chwilkę podjeżdża właściciel. Przeprowadzamy szybkie oględziny. Chata jest ok.

Mnie najbardziej interesuje kuchnia. Jest wszystko co potrzeba. Gary, garnki, rondelki, patelnie. Piekarnik, mikrofala, potężna lodówka, zmywarka… Idziemy do pomieszczenia gospodarczego, gdzie jest zamrażarka. Jak się później okazało, niesprawna…

Domek w Hennes...

Ale najważniejsze są łodzie. Zostawiam chłopaków na gospodarstwie i z Arturem jedziemy do portu.

Pierwsza łódź to Rana z 25-konnym Johnsonem.

Na pierwszy rzut oka widać, że silnik swą świetność miał jakieś 20 lat wstecz… Druga łódź miała być taka sama tylko z silnikiem 15 KM. A tu Norweg pokazuje nam 4-metrowego plastika z 8-konnym Evinrude z połowy ubiegłego wieku…

Do tego przynosi świeżo zakupioną sondę, Matrix 15 z przetwornikiem wiszącym na kabelku… Dobrze, że zabrałem sondę od Ryśka i drugą od Askneta.

Chwila zadumy, telefon i… się zaczęło. Łącza rozgrzane do czerwoności. Ale, że to sobota, więc zmuszeni jesteśmy czekać do poniedziałku, aż Biuro zacznie pracować. Trudno, wracamy do domciu.

Szybka kolacja…

Pierwsza w nocy - jasno. Druga - jasno. O 2.30 ktoś rzuca hasło o spaniu. Jakie spanie? Świta, na ryby trzeba…No dobra, jak mus…

Po 2 godzinach snu już jestem na nogach. Nosi mnie. Turbokawa, sprawdzenie stopnia zgryzienia zanęty. Robię się głodny. Oddam wszystko za duży filet z dużego dorsza. Robię obchód towarzyszy. Jeden chrapie, drugi też, trzeci… Dopiero Argrabi otwiera jedno oko.

W ciągu 3 minut jesteśmy w samochodzie i jedziemy do przystani. Odpalamy wiekowego Johnsona i… Heja !!!

Powoli wypływamy z mariny. Podziwiamy niesamowitą przejrzystość wody.

Widac dno!

Echo nie kłamie, pod nami 15 m głębokości.

Na początek płyniemy pod niedaleką wyspę. Obserwujemy wskazania sondy. Dno pofałdowane, łagodnie opada w głąb fiordu od 7 do 40 metrów. Pilkery w wodzie. Po chwili meldują się pierwsze dorszyki. Ale nie po takie ryby przyjechaliśmy…

Artur dostrzega w oddali stado pikujących mew. Podobno mewy są znakiem żerujących okoni… Ale, że tu okoni nie ma więc odpalamy motor i pełnym gazem płyniemy jakieś 2 km.

Faktycznie, widać spławiającą się drobnicę i sonda też głupieje. Dno na głębokości 20 metrów i od dna do powierzchni ryby. Zaczynamy na ciężko – 150 g, ale po chwili przechodzimy na lekkie zestawy. Pilkery 30-40 g, większe twistery… Wstyd się przyznać, ale odezwały się w nas pierwotne mordercze instynkty. W 2 godziny łowimy dwie skrzynki pięknych dorszy 4-6 kg. Żebyśmy za każdym wyjazdem nad Bałtyk takie łowili to byśmy nie szukali przygód 2000 km na północ od Warszawy. I właśnie w tym miejscu, na płytkiej 15-metrowej wodzie mam puknięcie w pilker jak inne, z opadu.

Odruchowe zacięcie i jest. Ale ten hol jakiś inny. Nie idzie jak dorsz. Odjazd do dna i przez dłuższą chwilę nie daje się oderwać. Co do cholery? Kij (Konger do 130g) trzeszczy, wreszcie idzie. Koła wokół łodzi i przez polary pod łodzią widzę talerzowaty kształt…

Mamusiu, halibut… I nerwy puściły. Robię totalną głupotę. Dokręcam hamulec i na siłę ciągnę do powierzchni. I skończyło się tak jak musiało się skończyć. Najpierw głośny trzask kija, a sekundę później plecionki i zostaję z kocią mordą….

Jak na pierwszy raz emocji dość, zarządzamy powrót. W domu trzeba sobie zorganizować miejsce do oprawiania zdobyczy. Podciągamy wąż ogrodniczy na tył domu, stół jakiś też się znalazł. W tym czasie Jacek z Marianem i reszta na drugiej łodzi wypływa na łowy.

I oni też coś łowią.

Jacek i niewielka molwa

Są czarniaki, dorsze, molwy…

Czasem trzeba też pospać…

60-godzinna podróż daje się we znaki.

Sacha z Kotem na drugiej łodzi wiosłują 3 km z powodu awarii silnika.

Dzień kończymy kolacją ze smażonych filetów i zapiekanką z żółtym serem i dorszem. Pycha.

W poniedziałek od rana telefon grzeje się od rozmów z przedstawicielem Biura. Nie można zorganizować drugiej, przyzwoitej łodzi. W związku z tym proponują nam przenosiny 500 km na południe, do luksusowego ośrodka Polarcirkelen. Po dłuższych naradach z Markiem Gryglewskim, który ma jeszcze gorsze warunki postanawiamy przyjąć propozycję. Znowu pakowanie. We wtorek wyjazd…

Po długich rozmowach z przedstawicielem biura zapadła decyzja o zmianie miejsca. Naszym celem jest odległa o prawie 500 km miejscowość Halsa i Polarsirkelen Fiskekamp. Ponowne pakowanie i opuszczamy malownicze Hennes. Przed nami prawie 12 godzin jazdy. I znowu podziwiamy wspaniałe widoki.

I znowu widoki

Jako przerywnik w podróży mamy przeprawę promową. Niestety spóźniamy się o 3 minuty. Na następny prom czekamy prawie 3 godziny. Godzinną przeprawę wykorzystujemy na wypoczynek.

Zwkla chwila odpoczynku

Mijamy Bodo, potem słynny z halibutów i czarniaków fiord Saltstraumen. W przewężeniu, gdzie został wybudowany most, podczas pływów tworzą się potężne wiry... Jednak musielibyśmy na nie czekać ponad dwie godziny.

Jeszcze kilka godzin "Drogą Trolli" i dojechaliśmy.

Gospodarz już czeka na nas z kluczami. Zostajemy zakwaterowani w dwóch ślicznych 6-osobowych norweskich "rorbu", każdy o powierzchni 70 m kw. Świeżo wybudowane, wszystko pachnie nowością.

Norweskie rorbu...

Idziemy zwiedzać. Szacunek budzi profesjonalne pomieszczenie do sprawiania i przechowywania złowionych ryb wyposażone w olbrzymie zamrażarki.

Czas na przystań. Wszystkim nam się gęby śmieją. To jest to co tygrysy lubią najbardziej. Duże łodzie z echo i GPS. Dwie z silnikami Suzuki 40 KM i jedna z 15 KM. Też nówki sztuki. W tym jedna z Ostródy..

To jest prawdziwa flota

Teraz kolacja, przygotowanie zanęty...

... i czas na ryby.

W nowym miejscu zakwaterowania były tak dobre warunki, że ogarnął nas amok wędkarski. Wypływaliśmy na ryby, szukaliśmy kolejnych, rokujących nadzieję na okazy, nowych miejscówek, łowiliśmy, wracaliśmy do domu, aby oprawić zdobycz, coś jedliśmy, coś piliśmy i prawie biegiem wracaliśmy na keję, aby płynąć ponownie. Permanentny brak nocy, normalny w tamtym rejonie o tej porze roku, dodatkowo potęgował w nas ciągłą chęć wypłynięcia na ryby. Po kilku dniach niektórzy z nas nie wiedzieli, czy jedzą właśnie śniadanie czy może akurat kolację. Zresztą to nie było ważne, liczyło się jak najszybsze wyjście w morze na kolejne łowy.

Byle na wode

Wody, w których wędkowaliśmy, nie obdarzyły nas jakimiś wyjątkowymi okazami, ale trzeba przyznać, że ilości łowionych ryb były imponujące.

Oczywiście królował dorsz. Mnóstwo było czarniaków, rdzawców i plamiaków. Zdarzały się też molwy, brosmy, halibut i zębacz . Raz na jakiś czas lądowały w łodzi rybki o bliżej nieustalonym pochodzeniu i nazwie, tudzież liczne tam rozgwiazdy i inne dziwne stwory, które nie bez obaw, ale za to z pewnym obrzydzeniem ściągaliśmy z haków.

Dorsz kota

Były też próby zapolowania na flądry. W tym celu zorganizowała się ekipa, która uzbroiwszy się w szpadle – a może łopaty – wybrała się podczas odpływu na poszukiwania tzw. wij – a może wijów. Na nasz użytek nazywaliśmy je rosówkami. Po zdobyciu tej zanęty, zostały zarzucone gruntówki, ale niestety beż żadnych efektów.

Po kilku dniach, kiedy każdy zaspokoił pierwsze łowieckie rządze, trochę "zwolniliśmy"...

Ryby i widoki, widoki i ryby...

.... i zaczęliśmy uważniej przyglądać się, otaczającej nas przyrodzie. Otaczające nas góry były tak cudownie ośnieżone, że trudno było oderwać od nich wzrok. Pionowe skały znikające w wodach fiordu, były pokryte bardzo skąpo skarłowaciałą roślinnością, gdzie niegdzie zaś rosły drzewa, wczepiając się korzeniami w litą skałę. Pewną grozę wzbudzały miejsca, gdzie stojąc łodzią 3-5m od brzegu, mieliśmy pod kilem kilkadziesiąt metrów głębokości. Wtedy wyobraźnia zaczyna pracować na zdwojonych obrotach. Pogoda jak kobieta – zmienną nam była. Były dni, kiedy całe niebo pokryło się ciężkimi deszczowymi chmurami, zasłaniając wszystkie okoliczne szczyty gór. Kiedy dni były słoneczne, wróżyło to przepiękny pokaz kolorów na niebie w momencie tzw. zachodu słońca.

Cudaki na hakach

Po chwilach spędzonych na kontemplacji przyrody, ponownie wracaliśmy na wodę i z super dokładną mapą fiordu, zaczynaliśmy wędkowanie. Sam fiord zresztą był bardzo malowniczy. Setki a może tysiące najróżniejszych zakamarków typu zatoczki, przesmyki, wysepki, głazowiska, które podczas odpływu nabierały jeszcze groźniejszego wyglądu. Niektóre przesmyki były tak wąskie, że nie mogliśmy wyjść z podziwu widzą pełnomorski statek płynący pokonujący te miejsca. Niejednokrotnie zresztą uciekaliśmy w popłochu, kiedy okazało się, że stoimy właśnie na jego kursie.

Ja i moja molwa

W niedalekim sąsiedztwie naszych kwater znajdowała się fabryka mączki rybnej. Było to miejsce wyjątkowo oblegane przez seje, czyli po naszemu przez czarniaki. A że trafiały się tam wcale niemałe egzemplarze, kilka razy urządzaliśmy sobie przejażdżki trollingowe (czy ja to dobrze piszę?). Cała frajda polegała na tym, że uderzenie takiego seja jest nieprawdopodobnie dynamiczne i silne. Czekając na branie z całych sił trzymaliśmy wędkę w ręku, bo moment dekoncentracji mógł oznaczać wyrwanie kija z ręki i jego utopienie. Także opodal była usytuowana tzw. farma łososi. Są to olbrzymie baseny zatopione w wodach fiordu, w których hoduje się tzw. norweskie łososie. Ryby karmi się intensywnie jak kury w kurniku, a potem odławia i sprzedaje w całej Europie.

Wielkie porzadki

Chciałoby się powiedzieć: wszystko co dobre szybko się kończy. I na nas przyszedł czas powrotu. Było płukanie i suszenie sprzętu, porządki w łodziach, w kwaterach, było wielkie pakowanie zamrożonych ryb do kupionych specjalnie na tę okazję styropianowych skrzynek, było też pakowanie samochodów, co wbrew pozorom nie było zadaniem łatwym. Całe to zamieszanie z porządkami w domach i pakowaniem, wywołało drobne scysje, bo jak się okazało, byli wśród nas "równi" i "równiejsi". I ci "równiejsi" nie do końca rozumieli sens wspólnych porządków w takiej komunie w jakiej przez te dwa tygodnie żyliśmy, ale cóż... To kolejna nauczka na przyszłość. Wszystko szybko wróciło do normy i padło hasło: do samochodów.

Obiecujemy powrot na te wody

Cała droga powrotna dała nam w kość. To jednak męczący dystans. Pierwszego dnia przejechaliśmy ok. 1150 km. Tam skorzystaliśmy z uprzejmości rodziców Eryka, Szweda, z którym od lat przyjaźni się Michał czyli mk. Nocowaliśmy na prywatnej posiadłości, położonej nad samym brzegiem jeziora. Zostaliśmy podjęci przez Gospodarzy wieczorną kawą i urodzinowym tortem naszej Gospodyni. Nazajutrz rano, przed wyjazdem, postawiono przed nami wielki gar dymiących, gorących parówek i duże ilości bułeczek. Oczywiście też kawa i herbata. Choć było to trochę dla nas kłopotliwe, bo tyle ludzi na niespodziewanym śniadaniu to przecież nie lada kłopot, to jesteśmy bardzo wdzięczni za tą gościnę i serdecznie pozdrawiamy naszych szwedzkich gospodarzy.

Kolejny dystans, tym razem do Sztokholmu to kolejne 400 km. Plus dodatkowo potem 50 km na przystań promową w Nynashamn. Ten etap poszedł na tyle sprawnie i szybko, że mieliśmy jeszcze 1,5 godz. na "zwiedzenie" Starówki i okolic Zamku Królewskiego w centrum Sztokholmu.

Potem już prosto na prom. Po ulokowaniu się w kajutach, ruszyliśmy na podbój promowych barów, aby przypomnieć sobie smak polskiego piwa. Co tu dużo gadać – niebo w gębie. I piorun w portfelu. Jak to na promie. Ale tak gaworząc i wspominając naszą wspaniałą wyprawę siedzieliśmy przy piwie do późnej nocy. Co poniektórzy, zmęczyć nawet nie dali rady tego co zakupili. Ale chętnych do pomocy nie brakowało. Było wesoło, gwarnie, były toasty, były życzenia z dedykacją dla WCWI od kapeli grającej do tańca. Spotkaliśmy znowu wiele ekip wędkarskich wracających ze Skandynawii do domu, były wspólne opowiadania o swoich przeżyciach, trofeach i uwagach co do konkretnych łowisk...

Następnego dnia po 18 godzinach rejsu, zjechaliśmy na Gdańskie nabrzeże portowe. Jeszcze tylko wizyta u Ryśka w Toruniu, zwrot pożyczanych bambetli typu sonda itp. I ok. 20.00 wieczorem byliśmy w Warszawie.

Na pewne refleksje, spostrzeżenia czy różne inne uwagi jeszcze przyjdzie czas. Jedno jest pewne: my tam jeszcze wrócimy.

Nasze Galerie